14
paź
- No to zaczynamy.. na początek cały dzionek i nocka na morzu..
- Ania
- Ania i Michał
- Świt po całej nocy sztormowania
- Eh.. Adrealiny nie brakowało :)
- Gosia
- Zuza
- Zuza i Jola
- Będzie profilowe :) heheheh
- Zbliżamy się do wybrzeża Istrii
- No to można teraz odespać nocke
- Wnętrze łajby jak po sztormie..
- Panorama Rovnij
- Zachód słońca nad Rovnij
- Ravena – Forteca z XV w.
- Ravena – Mauzoleum Teodoryka
- Ravena – Krypta u Franciszkanów
- Czy to patron kotwicy?
- Rzymski profil
- Jola
- Aneta i Zuza
- Gosia
- Sporty wodne
- Upss.. A miało być na główke..
- Hymm.. trudno powiedzieć..
- Andrzej
- Zuza
- Nasz bryka. Dufour 40 s/y Sylva
- Miss Skipper :)
- Załoga s/y Sylva
24
wrz
Aby tradycji stało się zadość ten rejs także rozpoczęliśmy w Portoroż. Prawdę mówiąc to jednak nie tradycja odgrywa determinującą rolę przy wyborze portu macierzystego, lecz względy praktyczne. Te zaś podpowiadają, by czarterować jachty z portu, do którego względnie łatwo można dojechać, i, co tu dużo mówić, od sprawdzonego armatora. Portoroż doskonale spełnia obydwa warunki, choć pod względem walorów krajobrazowych i zabytkowych do pereł słoweńskiej riwiery nie należy.
Pierwszy dzień wyprawy upłynął jak zwykle na prozaicznych czynnościach związanych z odbiorem jachtu, rozładowaniem bagażu, szkoleniem załogi oraz podziałem wacht, funkcji i koi.
Następnego dnia przed południem opuściliśmy Portoroż, obierając kurs na Rawennę. Dzień upłynął na błogim lenistwie. Neptun rozpieszczał nas promieniami jesiennego słońca i łagodnym wiatrem, który wolno posuwał naszą łajbę w kierunku starożytnej Italii. Noc także była ciepła i spokojna. Od czasu do czasu mijaliśmy płynące w oddali statki. W pewnym momencie radar zauważył jakiś obiekt, będący w bliskiej odległości. Wpatrywaliśmy się w ciemność i niczego nie mogliśmy dostrzec. Radar jednak uparcie wskazywał, że coś przemieszcza się w pobliżu. I wtem stało się, w odległości raptem 50 metrów z ciemności wyłonił się duży statek rybacki, zapalając wygaszone do tej pory światła nawigacyjne. Dlaczego płynął nieoświetlony, pozostanie to dla nas tajemnicą. Znów na kilka godzin zapanował spokój. Aż tu nagle coś wybuchło na morzu, wyrzucając w niebo snop ognia. Oczyma wyobraźni widziałam już wybuchającą platformę wiertniczą. W okolicy Rawenny jest ich dość sporo. Na wszelki wypadek zmieniłam kurs o 180 stopni i zaczęliśmy obserwować płonący obiekt. Totalna wtopa! Groźnie wyglądający słup ognia zmienił się w drobne migoczące kolorowe ogniki. Tak jest, to były fajerwerki
. Wróciliśmy na kurs. Reszta nocy minęła już spokojnie. Rankiem zawinęliśmy do mariny w Rawennie.
O mieście tym, jego bogatej historii i wspaniałych zabytkach można by z pewnością napisać jeszcze wiele książek. Poświęciłam kilka słów tym osobliwościom w artykule Włoskie opowieści.
Następnego dnia dnia opuściliśmy Rawennę, by pożeglować na południe, do Rimini. Zbliżając się do portu, wypatrywaliśmy nerwowo kolorowych chorągiewek, którymi rybacy znaczą podwodne pułapki na ryby. W ubiegłym roku tworzyły one przy podejściu do portu rozległy wielobarwny gąszcz, przez który przeprawialiśmy się przez dobre kilka godzin. Teraz chorągiewek już prawie nie było, za to ujrzeliśmy w oddali ciągnące się wzdłuż wybrzeża pola rybackie. Na szczęście były one w bezpiecznej odległości od podejścia do Rimini. Nasze obawy wzbudził jedynie żółty znak zwieńczony symbolem x i nie bardzo wiedzieliśmy, z której strony należy go bezpiecznie opłynąć. Po chwili zastanowienia postanowiliśmy przepłynąć między polami a znakiem, ale tak na wszelki wypadek, rufą do przodu. Wkrótce zacumowaliśmy w marinie w Rimini.
Miasto należy do tych miejsc na świecie, o których z ręką na sercu można rzec, że warte są grzechu. Zainteresowanych tutejszymi starożytnościami odsyłam znów do Włoskich opowieści.
Nazajutrz obudził mnie podejrzany szum silnego wiatru. Pod biurem mariny odetchnęłam z ulgą, dowiadując się, że siła wiatru w ciągu nie powinna przekroczyć 5 B, a pod wieczór ma zelżeć do 4 B. Czas było pożegnać Italię i ruszyć w morze, tym razem ku Chorwacji, a dokładnie Rovinj. Czekała nas doba żeglugi. Wreszcie zapadł zmrok a wiatr wbrew prognozom pogody zamiast słabnąć przybierał na sile. Było około trzeciej w nocy, kiedy Pierwszy ściągnął mnie z koi. Wyszłam na pokład a on pobiegł w kierunku masztu i zaczął szarpać się z grotem. Wreszcie, miotany wiatrem i falą na wszystkie strony, zwinął żagiel. Opowiedział mi, co się stało. Wiało 5 B. Szli bajdewindem na pełnych żaglach. Jacht, choć nieco przechylony, zachowywał się stabilnie. Właśnie mijali jedną z platform wiertniczych, gdy nieoczekiwanie wiatr całkiem ustał. Żagle wisiały niczym mokra koszula a jacht zaczął się kiwać na wszystkie strony. I wtedy stało się. Ostry szkwał (7 B) nagle przechylił statek, tak, że chwilowo stracili nad nim panowanie. Mimo zluzowanego grota jacht nie mógł wyjść z silnego przechyłu. Resztę nocy płynęliśmy już tylko na silniku.
Ranek przywitał nas słońcem. Wiatr jeszcze był silny ale w miarę, jak zbliżaliśmy się do brzegów Chorwacji fale stawały się coraz niższe. Około trzeciej po południu zawinęliśmy do mariny w Rovinj. Zainteresowanych tym uroczym zakątkiem chorwackiego wybrzeża zapraszam do lektury Sielanki na Istrii. To był już ostatni port, który zobaczyliśmy w trakcie tego rejsu. Czas biegł nieubłaganie i nadeszła pora powrotu. Następnego dnia nocą wróciliśmy do Portoroż.
14
cze
- Wejście do Piran
- Piran – widok na Twierdze
- Regionalna Gruszkówka
- Oddaj.. jeden dla mnie!
- Wieczór w Umag
- Starówka Umag
- A z tego starego sztrucla jedliśmy pyszną rybkę
- Panorama Rovinj
- Rovinj – brama miejska
- Rovinj – zakamarki
- Jola
- Ania
- Jest doskonale!!
- Syreny wyszły na pokład :)
- Jaś i Karina
- Ewa
- Warsztaty z ‘dizla’ :)
- Skrytożerca grzanek
- Buuu.. Pogoda sie popsuła
- Hymmm.. Jak by to powiedzieć
- Ciekawe co tam Ewa wypatrzyła
- Karina i Karol
- Zatoczka niedaleko Puli
- Ania i Ewa
- Opa do wody!!
- Jaś i Karol
- Jaś
- Karol
- Tomek
- Ania w wodzie
- Sprawdzimy kto nie umie pływać :)
- Ale „płetwa” :)
- Kłębowisko ciał :)
- Ewa
- Jak to.. koniec kąpieli?
- Warsztaty intelektualne
- A tę bojkę lewą burtą!
- Skiper chyba wygląda na zadowolonego
- Tomek i Karina
- Karina za sterem
- A dzisiaj na obiad będzie..
- Cress – stare miasto
- Cress – umocnienia
- Cress – port miejski
- To gdzie są te zawory?
- Porec – bazylika Eufrazjana
- Porec – panorama miasta
- Porec – raz jeszcze bazylika
- Porec – sarożytności..
- Ewa
- Chwilę przed wyokrętowaniem
- Załoga sy ‘Schloss Ort’
- Raz jeszcze wszyscy w komplecie
- Kapitan schodzi jako ostatni
14
cze
Jak to dobrze znowu być w Portoroż, pod warunkiem, że rejs właśnie się zaczyna a nie kończy. Tym razem czekał tu na nas Sun Odyssey 43 DS s/y o wdzięcznej nazwie „Schloss Ort”. Spodobał mi się od pierwszego wejrzenia, nie tylko z nazwy ale przede wszystkim ze względu na dobrze przemyślane rozwiązania konstrukcyjne: rozmieszczenie urządzeń, przestronność i dobre oświetlenie wnętrza. Mimo, że jacht liczy już blisko 10 lat, utrzymany jest w świetnym stanie.
Obraliśmy kurs na południe i popłynęliśmy wzdłuż zachodniego wybrzeża Istrii.
Pierwszym portem, do którego zawinęliśmy podczas tego rejsu był Umag, zabytkowe chorwackie miasteczko, położone na niewielkim cyplu. To dla mnie szczególne miejsce, w którym kilka lat temu, jako pokładowy majtek na łajbie dowodzonej przez kapitana Adama Wąsikowskiego, przerabiałam swoje pierwsze w życiu cumowanie. Wtedy też po raz pierwszy postawiłam stopę na wybrzeżu Chorwacji, która do dzisiejszego dnia nie przestaje mnie czarować. Smukłe wieże kościołów, wąskie zaułki o liczącej często kilkaset lat zabudowie, lśniący jasny bruk, wypolerowany przez stulecia milionami przechodzących po nim stóp, unoszący się w powietrzu charakterystyczny zapach, będący mieszaniną aromatów śródziemnomorskiej kuchni i morskiej bryzy… wszystko to tworzy niepowtarzalny klimat, którego nie da się w żaden sposób oddać w pełni, ani słowem, ani fotografią. Centrum Umag stanowi niewielki plac, usytuowany w bezpośrednim sąsiedztwie kei miejskiej. Wznosi się na nim barokowy kościół z osobno stojącą wysoką dzwonnicą. Po drugiej stronie cypla ciągną się wzdłuż wybrzeża mury dawnej fortecy oraz rząd restauracji, malowniczo posadowionych na murkach i palach tuż nad samym morzem. Niektóre stoliki są tak usytuowane, że siedząc przy nich, czuje się na twarzy krople morskiej wody, wyzwalane w powietrze uderzeniem fali przybojowej o skaliste nabrzeże. Dobiegające z wnętrza restauracji zapachy grillowanego kalmara, zwanego przez miejscowych lignie na żaru, sprawiały, że biliśmy skazani na klęskę w walce z pokusą zatopienia zębów w rozkosznych mackach. Posiłek, zakrapiany obficie miejscowym piwem, zakończył się kieliszkiem aromatycznego gruszkowego likieru, serwowanego „vom Haus” na drewnianych tacach-stojakach o formie jachtu.
Następnego dnia chciałam raz jeszcze chwilę pokontemplować Umag, wzięłam aparat i ruszyłam pieszo w kierunku centrum, skracając sobie drogę przejściem przez ogrodzenie mariny. Po drodze mijałam przycumowane do nabrzeża kutry, na których rybacy wyciągali ryby z sieci. Czasem myślę,że chciałabym być chorwackim rybakiem, wypływać nocą w morze i wracać o świcie. Niektórzy mawiają, że to niezbyt intratny interes i może nie byłoby mnie wtedy stać na czartery jachtów? Ale cóż byłoby mi więcej potrzeba do szczęścia, gdybym co dnia i nocy mogła (a nawet musiała) kołysać się na Adriatyckiej fali, pić rankiem doskonałą kawę i, nawet zimą, jeść pomarańcze z własnego ogródka.. Ale wracając do rzeczywistości, te ryby w sieciach były bardzo apetyczne. Wciąż nurtowała mnie myśl o nich i nawet próba kontemplacji zabytków Umag okazała się być bezskuteczna. Znów rzeczy przyziemne, takie jak jedzenie ryb, wzięły górę nad wzniosłymi. Żwawo wróciłam do rybackich kutrów i kupiłam dwie ryby. Nie wiem, co to za gatunek, ale wyglądały tak doskonale, że, gdy pokazałam je załodze, podobnie jak ja, zapałali chęcią posiadania więcej. Wróciłam na kutry, ale rybaka już nie było. Zapytałam o niego ludzi, którzy naprawiali sąsiedni kuter. Panowie świetnie znali język niemiecki i zaprowadzili mnie do kafejki, w której bawił znany mi rybak. Wcześniej jednak nie omieszkali zapytać, w jaki celu go szukam, i słusznie. Kupiłam następne dwie ryby. Były tak pyszne, że nie da się tego opisać, po prostu trzeba zjeść. Nie ma to nic wspólnego z rybą kupowaną w sklepie. A tak ze względów praktycznych opłaca się kupować u rybaków, ryby są tańsze niż na targu, nie mówiąc o sklepie, i prosto z morza. Sztuka tylko tych rybaków znaleźć. Wracają rano z połowu i jest tylko chwila, by kupić od nich ryby, potem przychodzą goście ze sklepów, restauracji itp. i kupują wszystko hurtem.
Po nacieszeniu się rybami ruszyliśmy dalej na południe, kierując się na Rovinj. Po drodze wpłynęliśmy do urokliwego kanału Limskiego, w pewnym sensie stanowiącego namiastkę koryta rzeki Krk.
Rovinj, podobnie jak Umag, jest zabytkowym miastem usytuowanym na cyplu. Różnica tkwi w wielkości. Rovinj w porównaniu do Umag, prezentuje się o wiele bardziej wyniośle. Zbliżając się od strony morza w kierunku cypla, patrzyliśmy z podziwem na piętrzącą się na nim gęstą zabudowę miasta, nad którą niepodzielnie królowała smukła wieża kościoła Santa Eufemia. Początkowo zbliżyliśmy się do miasta od strony północnej, rozważając nocny postój przy kei miejskiej. Ostatecznie jednak zawróciliśmy, i opływając cypel od południa ruszyliśmy w kierunku mariny. Po prawej stronie mijaliśmy wschodni znak kardynalny, usytuowany przy północno-wschodnim krańcu wyspy Św. Katarzyny. I wtedy, o dziwo, zobaczyliśmy jacht, który beztrosko baraszkował między wyspą a znakiem, jakby usiłował przyjrzeć się jak wygląda „gruba Rosjanka” od strony zachodniej. Kiedy obserwowaliśmy jaki będzie dalszy rozwój wypadków, pewnikiem kapitan wybiegł na pokład i zbluzgał sternika, który, wykonując gwałtowne ruchy łajbą, przedostał się na wschodnią stronę znaku. My tymczasem zacumowaliśmy w marinie. Teraz mogliśmy się zatopić w plątaninę wijących się uliczek, otulonych już mrokiem nocy, jednak nie przestających rozbrzmiewać gwarem wędrujących nimi ludzi.
Kolejnym etapem naszego rejsu była Pula, lansowana w wielu przewodnikach jako perła Istrii. Fragmenty rzymskich fortyfikacji, starożytny Łuk Sergiusza, forum z pyszniącą się świątynią Augusta, stojący obok niej średniowieczny ratusz, a nade wszystko świetnie zachowany amfiteatr, nie mówiąc już o zabytkach architektury sakralnej, czynią z Puli najsłynniejsze i najchętniej odwiedzane przez turystów miasto na Istrii. Niewątpliwie jest co zwiedzać! Dla mnie jednak Pula należy do tych miejsc, które trzeba w życiu zobaczyć, ale tylko jeden raz i tyle w zupełności starczy. To, co zniechęca mnie do tego miejsca, to usytuowanie mariny tuż przy ruchliwej ulicy, pełnej jeżdżących samochodów. Zupełny brak tam klimatu do tego, by usiąść w kokpicie przy wieczornym browarze. Pomni doświadczenia sprzed dwóch lat, tym razem nie wpływaliśmy do tej mariny. Podpłynęliśmy na tyle blisko w kierunku miasta, by zrobić kilka ujęć amfiteatru strony morza. Nim jednak naszym oczom ukazała się ta starożytna budowla, widać było z oddali industrialny obraz z miasta z wznoszącymi się nowoczesnymi budynkami i innymi podobnymi konstrukcjami. Cóż, może jako archeolog przemysłowy, powinnam być zachwycona roztaczającym się przede mną widokiem, my jednak woleliśmy zawrócić i popłynąć dalej. Zacumowaliśmy w marinie Veruda, malowniczo wcinającej się długą i wąską zatoką wgłąb lądu.
Mimo, że ze względu na płynący nieubłaganie czas, był to już środek naszego rejsu, nie chcieliśmy na razie jeszcze ruszać w drogę powrotną. Obraliśmy kurs na północny wschód, kierując się ku miejscowości Cres, położonej na wyspie o tej samej nazwie.
Niedługo po wypłynięciu z Verudy postanowiliśmy zacumować na chwilę w jednej z niewielkich malowniczych zatoczek. Zasadniczym celem tego manewru była kąpiel w morzu. Zatoka była płytka a my śledziliśmy nerwowo odczyty głębokościomierza, usiłując dotrzeć do jednej z bojek. Zaiste, każdy z nas miał swoją własną, jakże oryginalną koncepcję zacumowania. Gdzieś wśród wzajemnego przekrzykiwania majtków ginęły słowa kapitana.. Biegaliśmy po całym pokładzie, pokrzykując, przewracając się, plącząc liny. Patrząc z boku na kapitana, można by zaobserwować, jak robi się cały purpurowy ze złości, ale w ferworze walki z plączącymi się cumami nikt na niego nie patrzył… Każdy z nas miał swoją własną wizję manewru i swój cel, kąpiel w morzu. Ostatecznie zadyndaliśmy wreszcie na bojce. Po krótkiej kąpieli ruszyliśmy w dalszą drogę.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy zbliżaliśmy się do wyspy, stanowiącej cel naszej podróży. Kiedy złota barwa słonecznych promieni zmieniła się już w purpurę, płynęliśmy malowniczą zatoką, mając po obu stronach górskie zbocza, stromo opadające do morza. O zmierzchu zacumowaliśmy w wyjątkowo przestronnej i zadbanej marinie. W oddali słychać było gaworzenie zwierząt, przypominające nawoływania kozłów i baranów. Rozsiedliśmy się w kokpicie, posilając makaronem z dodatkiem pleśniowego sera i śródziemnomorskich przypraw, popijając miejscową malwaziją. Przysłuchiwaliśmy się gadającym zwierzakom, które jednak nie były w stanie zagłuszyć dobiegającego z sąsiedniego jachtu potężnego chrapania. Padł nawet pomysł, aby sprawcę wieczornego koncertu dźgnąć z lekka bosakiem, ale zaniechaliśmy takich brutalności. Naszą uwagę pochłonęło zaćmienie księżyca. Wreszcie udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia czekała nas długa droga powrotna, kilkunastogodzinny przeskok do Poreč.
Noc zastała nas przy zachodnim wybrzeżu Istrii. W nocy zmysły są wyostrzone i wszystko wygląda inaczej. Za dnia pewnie nie zwrócilibyśmy specjalnej uwagi na płynący statek, oznaczony jako nie odpowiadający za swoje ruchy. W nocy dwa czerwone światła wyglądały groźnie i nader ochoczo zmieniliśmy kurs, mijając go daleko po lewej burcie. Na szerokości Rovinj – Vrsar radar na naszym jachcie usilnie dawał sygnał statku pływającego najpierw w odległości 5 Mm, potem coraz bliżej i bliżej, a my wpatrywaliśmy się w morze i migoczące światła na brzegu Istrii, ale żadnego statku nie mogliśmy dostrzec. Wreszcie, o dziwo, w cudowny sposób kilka z nabrzeżnych świateł ożyło i, w odległości około pół mili od nas, popłynęło na południe. Tak jest, to były światła nawigacyjne kutra, które wcześniej całkowicie wtopiły się w różnokolorową mozaikę świateł na lądzie. Teraz statek był na tyle blisko, że widzieliśmy jak ciągnie za sobą sieci. Popłynął na południe, baraszkując w poszukiwaniu ryb, gdzieś daleko za naszą rufą.
Płynąc w kierunku Poreć mieliśmy dylemat, czy wejść do portu, mijając wyspę św. Nikola od południa, czy też popłynąć dalej i minąć ją od strony północnej. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wariant krótszy ale trudniejszy, wymagający więcej czujności, od strony południowej wyspy św. Nikola. Po lewej stronie najpierw minęliśmy odosobnione niebezpieczeństwo (nieoświetlone-uważaj!) a następnie wypatrywaliśmy częściowo zburzonego mola. To ostatnie także było nie oświetlone i zupełnie niewidoczne w ciemności. W związku z tym popłynęliśmy bardziej w prawo, bliżej stałego lądu. Głębokość zaczynała drastycznie spadać, aż osiągnęła raptem 2,5 m. Szczęśliwie przepłynęliśmy wzdłuż kąpieliska i, omijając płyciznę, a dalej kotwiczące jachty, przypłynęliśmy do kei miejskiej. Tu, gdy okazało się, że wszystkie miejsca muringowe są już zajęte przez inne jachty, zawróciliśmy i popłynęliśmy ku marinie. Marina okazała się być nader ciasna. Uprzejmy pan wskazał nam miejsce postoju, ale było tak wąsko, że przy manewrze podejścia rufą do kei trzeba było najpierw nadać sterem odpowiednią cyrkulację a potem wręcz wciągnąć jacht przy pomocy muringu i cum rufowych na pożądane miejsce.
Rankiem ruszyliśmy zwiedzać Poreć. Miasto pamięta jeszcze czasy Imperium Rzymskiego, choć starożytnych murów zachowało się niewiele. Wnikliwy obserwator może je podziwiać przy Trg Marafor. Najznamienitszy zabytek miasta (jest na liście UNESCO), bazylika Eufrazjana, pochodzi z czasów bizantyjskich. Budowla została wzniesiona w VI w. staraniem biskupa Eufrazjana na miejscu jeszcze starszej świątyni, poświęconej św. Maurowi męczennikowi. Tradycja głosi, że to właśnie tu poniósł w 303 r. śmierć męczeńską. Wejście wiedzie na dziedziniec otoczony kolumnadą. Po lewej stronie znajduje się wejście do baptysterium, pamiętającego jeszcze czasy VI w. Po prawej stronie przejście wiedzie do bazyliki, przyozdobionej mozaikami, wykonanymi z wielkim kunsztem przez dawnych mistrzów. W skład kompleksu wchodzi także pałac biskupi, w którym mieści się Muzeum Sztuki Sakralnej.
Choć Poreć nie przestawało czarować nas swym urokiem, trzeba było oddać cumy i wrócić na Słowenię. Obraliśmy kurs na Piran, by tam zgłosić swój powrót na Słowenię a przy okazji pocieszyć chwilę oko pięknem tego niewielkiego miasteczka.
Na temat samego miasta pisałam w poprzedniej relacji. Teraz czas, by dotrzymać obietnicy złożonej na koniec poprzedniego artykułu i opisać chwile mniej chwalebne
. Tak, w życiu żeglarza są chwile, które wracają niczym morskie widziadła. Budzisz się w nocy zlany zimnym potem a omackowana bestia wciąż patrzy na ciebie! A oto odpowiedź na pytanie dlaczego Piran jest dla nas pechowy. Banalnie prosty port pod względem manewrowania jachtem; mijamy główki i wchodzimy do basenu, wokół którego stoją jachty na cumach rufowych i muringach.
A oto pierwsza wtopa. Było to na koniec poprzedniego rejsu, tego po Włoszech i Słowenii. Podchodzę rufą do kei, manewr zakończony. W tym momencie podchodzi gość z mariny i rzecze, że miejsce, na którym zacumowaliśmy jest już zarezerwowane i wskazuje inne, na które powinniśmy się przemieścić. Odpalam ponownie katarynę i znów podchodzę rufą na wskazane miejsce. Tym razem wystarczyło parę sekund mojej nieuwagi i rufa naszego jachtu wylądowała na dziobie przycumowanej motorówki. Na szczęście załoga szybko i szczęśliwie odepchnęła jacht. Tak zakończyła się pierwsza wtopa.
A teraz następne plamy, z rejsu, który właśnie kończę opisywać. Było to na początku naszej wyprawy. Przypłynęliśmy w okolice główek portu w Piran i kręcimy się w kółko, czekając aż zwolni się keja odpraw. Wreszcie weszliśmy do basenu portowego i kontynuujemy kręcenie się w kółko przy minimalnej prędkości, czekając nadal na swoją kolej do kei odpraw. W tym momencie podmuch wiatru i lekka fala zepchnęła naszą łajbę na betonową dalbę, posadowioną pośrodku basenu. Jej ostre betonowe kanty wyglądały groźnie na tle naszej burty. Ale i tym razem szczęśliwie zeszliśmy z tego niebezpieczeństwa.
Kolejny niefart. Rejs nasz dobiega już końca, wracamy do Piran, by zameldować o naszym powrocie, a przy okazji spędzić jeszcze kilka chwil w tym urokliwym miasteczku. Po wykonaniu doskonałego manewru longside przy kei odpraw i postanowiliśmy zacumować w innym miejscu, w którym moglibyśmy pozostać przez następnych kilka godzin. Gość z mariny wskazał nam określone miejsce. Podchodzimy rufą do kei i, o dziwo, w ostatniej chwili dostrzegliśmy splątany pływający po powierzchni muring. Kapitan natychmiast wyłączył silnik, by pracująca śruba nie zaplątała się w muring, i postanowił podejść na inercji. Prędkość jachtu była jednak na tyle silna, że wymagała użycia biegu wstecznego, którego, ze względu na wyłączony silnik, nie mogliśmy użyć. Tadeusz wykonał doskonały skok na keję, gotów do odebrania cumy rufowej. Odbijacz-bańka na rufie spłaszczył się tak dalece, że wydawało się, że zaraz pęknie. Szczęśliwie jednak nie pękł, odzyskał swą witalność i, rozprężywszy się, odepchnął jacht z powrotem od kei. W tym momencie rzucona cuma rufowa zamiast na kei wylądowała w wodzie. No cóż, cumie kąpiel też się należy!Jacht utrzymaliśmy na dobytym wcześniej muringu, na cumy rufowe też przyszła kolej. Myślicie, że to koniec manewru? O nie, bestia czuwa, i kiedy wydaje Ci się, że już sytuacja jest opanowana, omackowana poczwara czyha na dnie, wydając groźne tchnienie. Załoga zeszła z jachtu, by zobaczyć uroczy Piran. Pozostałam z kapitanem na jachcie, załatwialiśmy sprawy papierkowe. Właśnie tak, nie żadne inne, tylko papierkowe
. W jednej ręce trzymałam puchar z winem, w drugim długopis, gdy kapitan zawołał mnie na pokład, by pogadać z jakimś gościem po niemiecku. Okazało się, że miejsce, na którym przycumowaliśmy (wskazane przez pracownika mariny), należało do niego. Zapewnił nas, że, mimo to, nie ma nic przeciwko, byśmy tam nadal cumowali. Jednocześnie poinformował nas, że właśnie pozbawił nas muringów, które były mu potrzebne i, że nasz dziób dynda sobie swobodnie na wodzie. No cóż, już w XIX-wiecznej Francji stwierdzono, że własność to rzecz święta i nienaruszalna. Zaczepiliśmy się chwilowo o jakiś poplątany muring a potem popłynęli w kierunku Portoroż.
Tyle o naszych porażkach w Piran. Wiem, że jeszcze nie raz tu przypłyniemy. To naprawdę urocze miejsce, mimo tej czyhającej na dnie bestii, a może właśnie to ona sprawia, że wciąż chcemy tu powrócić.
10
maj
- Yo! Ziomale!
- Marta za sterem
- Marta i Andrzej
- Zwiedzamy marinę w Riminii
- Marina Rimini
- Szkoda, że takiej na jachcie nie mam
- Zamek w SanMarino
- Co by tu jeszcze udoskonalić?
- Przygotowania do wyjścia z Rimini
- Maciek i Marcin
- Słońce? No nie możliwe – deszcz zapowiadali..
- Ravena – mozajki :)
- Ravena – znowu mozajki :)
- Ravena – i jeszcze raz mozajki :)
- Po tych mozajkach to wszystkim w gardłach pozasychało :)
- A to już w Wenecji
- Weneckie gondole
- Kanał Grande
- Pałace na wodzie
- Pałace na wodzie cd.
- ten duży to chyba nie do mariny… :)
- Eh, trzeba płynąc dalej
- Mniam!! Pycha!! :)
- Chyba załoga się rozleniwia :)
- Podać pulpeta? :)
- Paweł i Marcin
- Maciek
- Kto powiedział, że z bosaka genua-bomu nie da się zrobić
- Hymmm… znowu wszystkich kościołów nie zobaczyłam
- No! Jak ja teraz moim studentom pytania poukładam to wszyscy pozaliczają :)
- Załoga s/y Juniba :)
- Coś „grubego” się święci :)
10
maj
Stojące otworem dla żeglarzy i turystów, dopracowane niemal w każdym swym detalu wybrzeże Słowenii było początkowym etapem naszego rejsu. Wyczarterowaliśmy jacht s/y „Juniba”, Doufour 40 z portu w Portoroż. Mimo, że w mieście nie ma nic ciekawego poza dużą i wygodną mariną, osobiście mam do niego sentyment. Stąd wzięło swój początek i tu miało swój koniec wiele naszych rejsów, z których każdy stanowi odrębną historię, niesie dar poznania nowych ludzi, wzbogaca w nowe doświadczenia.
Tym razem przy pomyślnych wiatach i w przyjaznych promieniach słońca popłynęliśmy ku wybrzeżom starożytnej Italii. Posejdon był wyjątkowo łaskawy, zsyłając nam po kilkunastu godzinach żeglugi purpurowy zachód słońca, a po nim ciepłą i gwieździstą noc. Świt zastał nas przy podejściu do portu w Rimini. Zdecydowanie mniej łaskawi od boga mórz okazali się być włoscy rybacy, którzy zatarasowali wejście do portu lasem różnokolorowych chorągiewek. Przybierały one ciekawe wielobarwne kompozycje. Czarne, żółte, czerwone, zielone, niebieskie, i często wszystko to powiewało na jednej tyczce niczym igrający szyderczym uśmiechem znak zapytania. Wydawać by się mogło, że tylko miejscowi rybacy byli w posiadaniu tajemnicy symboliki barw chorągiewek, której zazdrośnie strzegli, nie odpowiadając na nasze próby wywołania ich przez ukf’ke. Wreszcie po wielogodzinnych nieudanych próbach opłynięcia tej gmatwaniny, lawirując pomiędzy tyczkami, ruszyliśmy w kierunku główek portu. Szczęśliwie ominęliśmy sieci i kosze.
Od strony morza Rimini sprawiało wrażenie miasta o rozległej współczesnej zabudowie, tak bardzo różniącej się od tej, którą podziwialiśmy po drugiej stronie Adriatyku. Początkowo myśleliśmy o nim raczej jako o dobrej bazie wypadowej do pobliskiego San Marino, słynącego z potężnego średniowiecznego zamku. Jednak w miarę jak zagłębialiśmy się w ulice Rimini rosło nasze zainteresowanie tym miastem.
Podobnie jak wiele miast włoskich Rimini posiada antyczny rodowód. Początek miastu dała kolonia o nazwie Ariminum, założona tu w 268 r. p. n. e. przez Rzymian. Pośród plątaniny ulic zachowały się tu i ówdzie fragmenty dawnych budowli, pamiętających jeszcze czasy starożytne. Są to fragmentarycznie zachowane mury miejskie, rozbudowane w średniowieczu, wkomponowany w nie od strony wschodniej Łuk Augusta, oraz amfiteatr, usytuowany w północnej części historycznego centrum. Szczególnie zafascynowały nas ruiny starożytnej willi, tzw. Domus del Chirurgo, na Piazza Ferrari. Archeolodzy znaleźli tu, liczący ponad sto sztuk, komplet dawnych narzędzi chirurgicznych, który można dziś podziwiać w tutejszym Muzeum Miejskim. Starożytne ruiny z doskonale zachowanymi mozaikami spoglądały na nas dumnie spod tafli szkła, skłaniając ku kontemplacji niezwykłej historii tego miejsca. Starożytny rodowód posiada także Most Tyberiusza, nazwany tak na cześć rzymskiego cesarza, który sfinalizował jego budowę. Antyczne budowle stanowią niewielki procent dzisiejszej zabudowy Rimini. Podobnie jak odpowiednio dobrana przyprawa, której szczypta wystarcza, by nadać potrawie wyszukany wykwinty posmak, starożytności Rimini decydują o specyfice miasta charakterystycznego dla wybrzeża Italii.
Najwspanialsze jednak tutejsze zabytki, zamek, katedra oraz kościół Sant Agostino, związane są z innym etapem dziejów miasta, średniowieczem i renesansem, kiedy panował tu ród Malatesta.
Zamek kazał wznieść w XV w. Sigismondo Pandolfo Malatesta, który jak na renesansowego władcę przystało, był mecenasem sztuki i w związku z tym otaczał się artystami różnej maści, pośród których nie brakło literatów, muzyków, malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Jego postać klęczącą przed świętym Zygmuntem pędzla Pietro della Francesca po dziś dzień cieszy oko zwiedzających tutejszą katedrę, Tempio Malatestiano. Tutaj także znajduje się jego okazały grobowiec. Budowla została wzniesiona w XV w. przez architekta Leona Battistę Alberti na miejscu dawniejszej świątyni franciszkanów. Z dawnej epoki przetrwał, zdobiący wnętrze obecnej świątyni, krzyż św. Franciszka, dzieło przypisywane Giotto. Fasada, zdominowana motywem trzech łagodnych łuków, oddzielonych od siebie jońskimi półkolumnami, wyraźnie nawiązuje do budowli antycznych. Do wzorców klasycznych nawiązuje także boczna fasada świątyni, wyposażona w arkady, w których umieszczono siedem sarkofagów, kryjących szczątki osób zasłużonych na polach religii, kultury i nauki.
Skarbem sztuki średniowiecza jest kościół San Agostino przy klasztorze augustianów, wyróżniający się okazałą dzwonnicą i zespołem gotyckich malowideł.
Sercem historycznej części Rimini są Piazza Tre Martiri i Piazza Cavour. Pierwszy z nich odznacza się XVI-wieczną wieżą zegarową, XVIII-wiecznym kościółkiem San Antonio oraz kolumną upamiętniającą brzemienne w skutki przejście Juliusza Cezara wraz z armią przez rzekę Rubikon. Jeszcze bardziej okazale prezentuje się dawny Piazza della Fontana, obecnie poświęcony bohaterowi włoskiego Rosorgimeto, Camillo do Cavour. Pośród bogatej zabudowy placu wyróżnia się monumentalny gmach teatru oraz pałace Podesta i dell Arengo. Pośrodku znajduje się marmurowa fontanna z XVI w. i statua z brązu przedstawiająca papieża Pawła V.
Mieliśmy ochotę pozostać jeszcze w Rimini, spacerować malowniczymi uliczkami, zgłębiać jego bogatą historię a wieczorem dać się skusić Bachusowi na czarę wina ale nic z tego, czas biegł nieubłaganie.
Następnego dnia ruszyliśmy z Rimini drogą lądową „zdobywać” wznoszący się na owianych mgłą skałach potężny średniowieczny zamek San Marino. Już starożytni byli przekonani o niezwykłości tego miejsca, wierząc, że na górę tę wspinali się tytani, usiłując sięgnąć w ten sposób nieba i strącić stamtąd króla bogów Zeusa. Wędrówka labiryntem zamkowych uliczek i ścieżek zajęła nam dobre kilka godzin, po upływie których zasiedliśmy do stołu w restauracji usytuowanej na jednym z tarasów widokowych. Potrawy zaiste godne były wspaniałego, roztaczającego si ę przed nami widoku na potężne zamczysko dumnie piętrzące się na niedostępnych skałach. Śródziemnomorska kuchnia raz jeszcze dostarczyła nam rozkoszy podniebienia przez bogactwo smaku świeżych owoców morza z dodatkiem oliwy zaprawionej ziołami i pepperoni. Miejscowe piwo godne było swego boskiego wytwórcy. O Ozyrysie, jakże wielkiego dzieła dokonałeś!
Rozluźnieni napitkiem egipskiego boga, z błogim uczuciem brzucha pełnego macek kałamarnic, odnóży krabów i innych morskich stworów, ruszyliśmy w drogę powrotną do Rimini. Stamtąd przy promieniach zachodzącego słońca ruszyliśmy na północ, obierając kurs na Rawennę. Nauczeni doświadczeniem bacznie wypatrywaliśmy groźnie powiewających na wietrze rybackich chorągiewek. Po zapadnięciu zmroku Marcin tkwił bohatersko na dziobie, cierpliwie znosząc chłód wieczornej bryzy i oświetlał nam drogę szperaczem. Po drodze mijaliśmy oświetlone platformy wiertnicze. Powoli ogarniało nas zdziwienie, zmieszane z lekkim niepokojem. Przecież już dawna powinniśmy byli widzieć światło stawy bezpiecznej wody przy podejściu do portu w Rawennie. Żadne jednak z widzianych przez nas świateł nie odpowiadało jego charakterystyce. W pewnym momencie Andrzej wskazał nam majaczący w ciemności nieoświetlony słup, który wystawał z wody, raptem kilka metrów od naszej prawej burty. Tak, to nie mające sobie równych w patrzeniu w ciemności oko geologa! Ominąwszy szczęśliwie czyhającą pułapkę w postaci, o ironio, stawy bezpiecznej wody, przybyliśmy do portu w Rawennie.
Początki świetności miasta to czasy cesarza Augusta, który kazał tu wybudować duży port jako główny ośrodek swej floty stacjonującej na wschodniej części Morza Śródziemnego. W sąsiedztwie portu rozwijało się miasto Civitas Classis. Na przełomie I i II w. n. e. przybył tu Apolinariusz z Antiochii, zakładając gminę chrześcijańską. Po śmierci został pochowany za murami Civitass Classis, tam, gdzie dziś wznosi się kościół San Apollinare in Classe. Jego prochy znajdują się w marmurowym sarkofagu, umieszczonym w krypcie pod prezbiterium świątyni. W 402 r. cesarz Honoriusz, czując się w Mediolanie zagrożony przez barbarzyńców, przeniósł stamtąd do Rawenny stolicę zachodniego cesarstwa. W 476 r. nastąpił upadek ostatniego z cesarzy rzymskich. W Rawennie usadowił się barbarzyński wódz Odoaker. W 493 r. miasto uczynił swą siedzibą Teodoryk, wódz Gotów. W Rawennie zachowało się kilka zabytków, pamiętających jego czasy. Jednym z nich jest kościół Sant Apollinaire Nuovo. Wezwanie to nadano mu dopiero w IX w., kiedy przeniesiono doń relikwie św. Apolinariusza, obawiając się pozostawienia ich w odosobnionej świątyni usytuowanej na terenie narażonym na ataki piratów. Wnętrze Sant Apollinaire Nuovo zdobią jedne z najpiękniejszych mozaik na świecie. Fryz Męczenników, Pokłon Trzech Króli i wiele innych tematów biblijnych zostało kunsztownie i z drobiazgową dokładnością przedstawionych przez dawnych mistrzów. Na nas, żeglarzy, wielkie wrażenie wywarły trzy złote statki ukazane na tle turkusowych wód Adriatyku i brunatnych zabudowań starożytnego portu Classe. W sąsiedztwie świątyni przetrwały pozostałości dawnego pałacu Teodoryka. Z jego czasów pochodzi także Baptysterium Arian, którego kopułę zdobi przepiękna mozaika, ukazująca chrzest Chrystusa w rzece Jordan. W VI w. Rawenna weszła w skład państwa Justyniana, władcy cesarstwa wschodniego, który snując marzenia przywrócenia imperium rzymskiego, zjednoczył pod swym panowaniem znaczne obszary w basenie Morza Śródziemnego. Jego czasy pamięta najwspanialsza świątynia Rawenny, bazylika San Vitale. Wnętrze świątyni olśniewa kunsztownymi mozaikami, mieniącymi się żywymi barwami turkusu, zieleni i złota. Ze sklepienia absydy prezbiterium surowo spogląda Chrystus Pantokrator. Po obu Jego stronach widnieją dwa orszaki cesarskie, z których należy do Justyniana, drugi do jego żony Teodory. To niesamowite wrażenie spojrzeć w oczy władcom, od których dzieli nas półtora tysiąca lat! W pobliżu bazyliki San Vitale znajduje się Mauzoleum Galli Placydii, córki cesarza Teodozjusza (V w.). Gdy weszliśmy do wnętrza budowli nad naszymi głowami ukazało się granatowe niebo usiane gwiazdami, pośród których błyszczał złoty Krzyż.
Wenecja! Tyle nasłuchałam się o tamtejszych smrodach, płynących kanałami nieczystościach, gołębiach zanieczyszczających miasto, przemykających szczurach .. i Bóg jeden wie jeszcze o czym. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Wszystkie te nieczystości i smrody blakną w obliczu egzotyki i przepychu pałaców i świątyń wzniesionych na wodzie. A poza tym wcale tam nie śmierdzi, i jeszcze nigdy nie widziałam tam szczura, a szkoda, bo lubię te sympatyczne i inteligentne stworzenia. Ale do rzeczy.. w tej relacji nie zamieszczę opisu najważniejszych zabytków Wenecji, tak, jak zrobiłam to opisując wyżej nasz pobyt w innych miastach. To zbyt duże miasto, którego niemal każdy zaułek posiada swoją historię i niepowtarzalny klimat, nie mówiąc już o setkach świątyń i pałaców. Aby choć trochę to wszystko ogarnąć i nabrać o tym choćby bladego pojęcia, trzeba by zorganizować co najmniej tygodniowy „rejs” bez wychodzenia z portu w Wenecji. My jednak lubimy żeglować i w związku z tym zawijamy tu na krótko, przeważnie na dobę lub dwie, ale za to często, czasem nawet kilka razy do roku. Siedząc w kokpicie i popijając miejscowe wino podzieliliśmy mapę Wenecji na kilka części i jedną z nich postanowiliśmy poznać w trakcie tego rejsu, na następne przyjdzie jeszcze czas.. Tym razem wybór padł na dwa niewielkie okręgi miasta, określane jako Santa Croce i San Polo. Wędrówkę rozpoczęliśmy przy Rialto. Szczególna atmosfera tutejszego placu targowego, gdzie sprzedaje się głównie ryby i warzywa, przypomina o tym, że to właśnie tu znajdowało się w średniowieczu centrum handlowe Wenecji. Do targowiska przylega niewielki kościółek San Giacomo di Rialto. I w tym miejscu wszyscy się rozpierzchli, a dokładnie rzecz biorąc udali się na jacht, zostawiając mnie na pastwę weneckich zabytków. Ale spotkała ich za to kara – wsiedli do niewłaściwego tramwaju wodnego, który wywiózł ich w niepożądanym kierunku
. W trakcie gdy załoga na z kapitanem jachtu szukała drogi powrotnej, ja kontynuowałam zwiedzanie. Szczególne wrażenie wywarł na mnie kościół Santa Maria Gloriosa dei Frari lub inaczej Santa Maria Asunta. Średniowieczna świątynia o formie trójnawowej gotyckiej bazyliki imponuje pięknem architektury i bogactwem wyposażenia. Jej wnętrze sprawia wrażenie skarbnicy dzieł sztuki, gromadzonych tu na przestrzeni wieków. Jednym z najwspanialszych jest umieszczony w ołtarzu głównym wielki obraz Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny Tycjana, utrzymany w żywych barwach złota i czerwieni.
Po kilku godzinach zwiedzania, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, przyziemne uczucia wzięły górę nad górnolotną chęcią poznania. Czując narastający głód i silne pragnienie napicia się wina wsiadłam w wodny tramwaj i ruszyłam na San Giorgio, gdzie cumował nasz jacht. Po przybyciu zajęłam się wyjadaniem makreli w sosie pomidorowym z puszki, popijając obficie wyszukane danie winem i przygryzając salami i serem. Ale uwierzcie mi, smakowało wybornie! I to nie tylko była kwestia mojego zapadniętego od wielu godzin brzucha, ale przede wszystkim widoku, jakim napawałam się jedząc w kokpicie tzw. standard żeglarski. Niewielka wysepka San Giorgio, nad której znajduje się okazała barokowa świątynia pod tym samym wezwaniem, usytuowana jest na wprost pl. św. Piotra. Maleńka marina znajdująca się przy wyspie jest doskonałym miejscem noclegowym, z jednej strony czarującym swym zaciszem i spokojem, z drugiej roztaczającym wspaniały widok na serce Wenecji.
Italia oczarowała nas bogatym dziedzictwem historycznym, śródziemnomorskim klimatem i doskonałą kuchnią. Obraz i smak tego lądu byłby jednak niepełny, gdyby nie został obleczony w doznania płynące ze spożycia miejscowego wina, nad któremu bukietem wciąż czuwa frywolny Bachus.
Rejs dobiegał powoli do końca. Trzeba było obrać kurs z powrotem na Słowenię. Po drodze do portu macierzystego odwiedziliśmy jeszcze najpiękniejszą na słoweńskim wybrzeżu, a zarazem dość pechową dla nas miejscowość, Piran. Małe przytulne miasteczko, którego którego zabytkową zabudową króluje smukła wieża kościoła usytuowanego na wzgórzu. Władzą swą wieża dzieli się z pobliską fortecą, wznoszącą się na sąsiednim wzgórzu. Warto wejść na jej mury, z których rozpościera się niezapomniany widok na morze.
A dlaczego Piran jest pechowy, o tym w następnej opowieści
.
Niech Posejdon Wam szczodrze błogosławi!
- Zaokrętowanie
- Niezłą mamy furę ;)
- A żona myśli, że gotować nie potrafi
- Kotwicowisko na sv.Stefan
- A im co tak wesolo
- Asia
- No bo wiecie co sie na koleii z pudlem robilo
- Tam są jakieś plażowiczki
- Ej no..Daj mi też popatrzeć
- Jest doskonale
- Krzysiek
- No to pa pa..Dalej płyniemy sami
- Chyba szykują się do abordażu
- No dawaj wpływamy do środka
- Ekipa wraca z exploracji groty
- Sprawdzamy temperaturę wody
- Pierwszy odważny w wodzie
- Kapitana lekko podgrzało :)
- To ja tez spróbuje
- O rany jaka była słona
- A po kąpieli…
- Lokalny folklor
- Marcin
- Gregor
- Tomek
- Andrzej
- W drodze na Bar
- Stari Bar – Gregor
- Stari Bar – Mury miejskie
- Stari Bar – Pawel
- Stari Bar – Widok na akwedukt
- Stari Bar – Resztki zabudowy
- Stari Bar – Deptak
- Stari Bar
- StariBar – Wieżyczka
- Asia i Krzysiek
- Zmiana banderki po odprawie celnej
- I co..Udała się podróż poślubna? pewnie! było dokonale!
- Kotor – Marina
- Kotor – Prawie jak fiordy Norewgii
- Kotor – Widok na twierdze
- Załoga sy Milena
10
cze
Są na globie takie wody, na których Kraken nigdy nie traci czujności. Płyniesz swą łajbą po spokojnym Adriatyku, wzdłuż wybrzeży Czarnogóry. Wokół zielone górskie zbocza stromo opadają w turkusową toń. Flauta wprawia Cię w nastrój błogiego lenistwa.. W ciągu godziny pogoda zmienia się, od strony gór nadciągają chmury i porywisty wiatr, który przeobraża spokojną taflę wody we wzburzone morze. Wszystko wskazuje na to, że należałoby zawinąć do portu, póki nie jest jeszcze za późno. Tymczasem mija kilka godzin i znów cisza ogarnia morze. Jeszcze bardziej nieprzewidywalni niż pogoda są tubylcy. Rejs rozpoczęliśmy w Kotor. Nasza flotylla składała się z trzech jachtów. Przypadł nam w udziale jeden z nich, elan impression 434 s/y „Milena”.
Tym, co już na pierwszy rzut oka zawraca uwagę, są walory obronne miasta. Powierzchnia starego Kotoru tworzy trójkąt, którego boki wyznaczają od północy rzeka Skurda, od południowego zachodu Zatoka Kotorska a od wschodu góra z usytuowaną na niej twierdzą Sveti Iwan. Wyjątkowo okazale twierdza prezentuje się nocą, gdy jest oświetlona i i są dobrze widoczne pnące się po skłonie góry rzędy umocnień. Na szczyt wiodą kręte kamieniste drużki, wijące się między ruinami i roślinnością. Pośród nich stoi mały średniowieczny kościółek poświęcony Matce Bożej. Warto włożyć trochę wysiłku, by wejść na szczyt, z którego rozpościera się fantastyczny widok na miasto i zatokę. Od strony morza i rzeki Skurdy miasto otoczone jest pasem murów obronnych wyposażonych w trzy bramy. Niezwykle malowniczo wyglądają umocnienia od strony północnej. Płynąca tędy wzdłuż murów obronnych Skurda przybiera w promieniach słońca turkusową barwę. Nad rzeką biegnie most, połączony z XVI-wieczną bramą. Podobna brama znajduje się po południowej stronie miasta, połączona z mostem biegnącym nad niewielką rzeczką Gurdič. Najbardziej okazała jest Brama Morska, która wiedzie do miasta od strony mariny. W jej sklepionej części wmurowany jest średniowieczny relief przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem, adorowaną przez św. Bernarda i św. Tripuna, który jest patronem Kotoru. Za brama rozciąga się reprezentacyjny plac Kotoru Trg Oktobarske revolucije. Tutaj znajduje się ratusz, wieża zegarowa i pałac Rektorów. Przedzierając się przez gęstwinę wąskich i krętych uliczek w kierunku wschodnim dotarliśmy muzeum morskiego i wspaniałych zabytków sztuki sakralnej, liczących ponad 800 lat katedry św. Tripuna i świątyni św. Luka oraz niewiele młodszej Marii Koledata.
W niedzielę rano wypłynęliśmy z Kotoru. Zatoka roztaczała przed nami swe piękno. Strome górskie zbocza piętrzące się nad turkusowymi wodami zatoki, ukryte pośród skał twierdze, klimatyczne miasteczka o historii sięgającej swymi korzeniami jeszcze czasów starożytnych… wszystko to wywoływało w nas chęć głębszego poznania tej fantastycznej okolicy. Mijaliśmy Perast, miasteczko nad którym góruje widoczna z oddali twierdza Sveti Križ. Uwagę naszą przyciągnęła także dzwonnica XVII – wiecznego kościoła św. Mikołaja. W pobliżu ujrzeliśmy dwie wyspy, Sv. Dorje z XIV w. z kościołem pod tym samym wezwaniem oraz Gospa od Škrpjela z okazałą barokową świątynią, której wnętrza zdobią malowidła wybitnego ówczesnego artysty Tripo Kokolja.
Opuściliśmy Zatokę Kotorską i zawinęliśmy do miejscowości Budva. Niezwykle atrakcyjnym obiektem jest cytadela, z której roztacza się niezapomniany widok na morze. Warto też zwiedzić średniowieczne świątynie pod wezwaniem św. Sawy, św. Jana oraz Santa Marija in Punta. W tym czasie, kiedy zawinęliśmy „Mileną” do Budvy, pozostałe dwa jachty bawiły w Herceg Novi. Przyglądaliśmy się wcześniej temu urokliwemu miasteczku od strony morza, mijając je z oddali. Naszą uwagę przykuły imponujące ruiny twierdzy i system umocnień pnących się po stromych górskich zboczach. Nie spodziewaliśmy się, że to właśnie tutaj rozegra się najbardziej awanturnicza historia tego rejsu. Opowiedzieli nam o niej później nasi przyjaciele z dwóch pozostałych jachtów, którzy byli bohaterami tych wydarzeń. Załoga jednego z tych jachtów przebywała w mesie, gdy wtem dał się słyszeć dobiegający z zewnątrz głośny huk. Ludzie wybiegli na pokład i zobaczyli, jak inna łódź, uderzywszy dziobem w ich jacht, szykuje się do ucieczki. To widząc, żona kapitana drugiego jachtu wskoczyła na pokład uciekającej jednostki i wyłączając silnik, wyciągnęła kluczyk ze stacyjki. I w tym momencie rozgorzała walka wręcz. Żona kapitana oberwała w twarz od załoganta łodzi, na którą dokonała desantu. Kapitan, człowiek krzepkiej budowy, nie pozostał dłużny względem napastnika swej żony. Do bójki włączyli się pozostali członkowie obu zwaśnionych jachtów. W całym tym rozgardiaszu ktoś wreszcie wpadł na pomysł, by wezwać policję. Pracownicy mariny wzbraniali się przed podjęciem takich kroków. Bójka pijanych żeglarzy to przecież rzecz zgoła normalna a wezwanie policji w takich okolicznościach może być poczytane jako nieuzasadnione i pociągnąć za sobą niepotrzebne koszta. Gwoli wyjaśnienia dla tych, którym nasunie się wątpliwość co do roli policji, muszę przyznać, że stawia ona sobie bardziej szczytne zadania niż rozdzielanie bijących się pijanych brudasów z wodorostami na łydkach. Należy do nich między innymi kontrola wszystkich jachtów wpływających do marin. O tak, wpływając do mariny kapitan cudzoziemskiej załogi ma obowiązek każdorazowo udać się na policję i zameldować o swym przypłynięciu. Wracając do naszej jachtowej awantury, ostatecznie jednak interweniowała policja. Panowie w mundurach tłumaczyli, że obie załogi powinny się koniecznie pogodzić, jeżeli chcą uniknąć kłopotliwych i długotrwałych formalności, związanych z rozstrzygnięciem sporu. Pod wpływem tej argumentacji przedstawiciele obu stron podpisali oświadczenia, że nie wysuwają względem siebie żadnych pretensji, zaś armator uszkodzonej łodzi zapewnił, że we własnym zakresie poniesie koszty naprawy.
Przyszedł czas, by opuścić uroczą Budvę i popłynąć dalej na południe, w kierunku Baru. Wkrótce po wpłynięcie do portu nadszedł czas skruchy dla leserów, którzy w czasach PRL-u, nie chcieli uważać na lekcjach języka rosyjskiego, nie mówiąc już o paskudnych wagarowiczach. Po zacumowaniu poszłam z kapitanem do mariny, by zgłosić nasze przybycie. Kapitan ubrany był w biało-niebieski podkoszulek, na którym pobłyskiwał złoty łańcuch. Spodnie jakieś też miał, ale to kwestia drugorzędna. Ważny jest złoty łańcuch i to, że usiłując dogadać się z pracownikiem mariny w różnych językach, rzekliśmy wreszcie pa ruski. Twarz gościa z mariny rozjaśniała promiennie. Rzecząc, szto on we wsiech jazykach gawarit, poczęstował nas mahorką. Bogaci Rosjanie stanowią najważniejszą i przeważającą klientelę na wybrzeżu Czarnogóry, a ponieważ lubią wydawać pieniądze, wychodząc z założenia, że im więcej to tym bardziej nobliwie, cieszą się tu nadzwyczajnym mirem. Port znajduje się w nowej części miasta.
Naszym celem był jednak Stari Bar, odległy około 4 km kilometrów od portu. Udaliśmy się tam taksówkami, które tutaj są naprawdę tanie. Po kilku minutach jazdy dotarliśmy do małej mieściny, której główną atrakcją jest potężna zabytkowa twierdza. Szliśmy chwilę wzdłuż starych murów, szukając wejścia do środka. Kiedy już tam znaleźliśmy się, mieliśmy wrażenie, że czas stanął tutaj w miejscy kilka wieków temu. Zabytkowe kościoły, wieża zegarowe, ruiny budowli mieszkalnych, magazynów, kościoły, a nade wszystko katedra i dwa imponujące pałace z przełomu XV i XVI w. wskazywały niezbicie, że dawniej to warowne wzgórze było siedzibą księcia i biskupa. Roztacza się stąd piękny widok na okolicę, a od strony północnej widać XVIII – wieczny akwedukt. Po pokrzepieniu intelektu wiedzą historyczną i pięknymi widokami przyszedł czas na coś dla ciała. U podnóża twierdzy trafiliśmy do sympatycznej kawiarenki, prowadzonej przy prywatnym domu. Schłodzone piwo smakowało wybornie z miejscowym proscciutto i serem. Na drogę kupiliśmy jeszcze damasznie wino, które warte było swej dość wysokiej ceny.
Mieliśmy ochotę popłynąć jeszcze dalej na południe, do Ulcinj. Czas nakazywał jednak porzucić ten plan i udać się w drogę powrotną, w kierunku Chorwacji. Opuściwszy Bar popłynęliśmy wzdłuż wybrzeża na północ. Postanowiliśmy się zatrzymać na chwilę na kotwicy koło wyspy św. Stefana. Kiedy wydawało się, że kotwica trzyma zwodowaliśmy ponton i trzech śmiałków szykowało się do popłynięcia nim na wyspę. Najśmielszy skoczył do wody, by zdobyć wyspę wpław. Rufą jachtu i pontonem bujała znaczna fala przybojowa. Dwóch śmiałków było już w pontonie, kiedy nadszedł czas mojego skoku. I wtedy fala rzuciła rufą w jedną stronę, pontonem w drugą a ja skoczyła pomiędzy, do wody. Z pomocą śmiałków wgramoliłam się z mokrym zadem na ponton, który nawet się nie wywrócił. Wylądowaliśmy na plaży pokrytej mnóstwem drobnych nagrzanych kamyczków, w które zakopałam się, susząc w ten sposób najszlachetniejszą część ciała. Na wyspę nie udało się wejść ze względu na prowadzone tam prace budowlane. Siedziałam na plaży i grzałam się w kamyczkach obserwując jacht. Marcin patrząc w tym samym kierunku, zauważył, że jacht opiera się na bojkach. Na pewno to tylko złudzenie optyczne. Okazało się, że jednak, że obraz był jak najbardziej rzeczywisty. Kiedy wróciliśmy na jacht sytuacja była już opanowana a my, pontoniarze, dowiedzieliśmy się, co się stało. Kotwica nie trzymała prawidłowo i jacht zaczął wolno dryfować w stronę brzegu. Kiedy był już w pobliżu bojek wyznaczających granicę kotwicowiska i plaży kotwica chwyciła, w dodatku w tak doskonały sposób, że ciężko było ją wyrwać. Na szczęście w końcu się udało.
Nie upłynęliśmy daleko od wyspy św. Stefana, gdy zerwał się silny wiatr, który szybko rozkołysał morze. W tej sytuacji kapitan postanowił wpłynąć do pobliskiej Budvy. I tu przestrzegam wszystkich skipperów przed jedzeniem batoników Baunty. Jako przesądni ludzie morza wiemy, że historia lubi się powtarzać i spożywając batoniki o tej złowróżbnej nazwie, możemy podzielić los tego tajemniczego statku. W Budvie nastąpił bunt oficerów. Kapitan planował przeczekać kilka godzin w porcie i jeszcze przed wieczorem ruszyć w dalszą drogę. Tymczasem ja z Grzegorzem obserwowaliśmy tworzące się na wodzie grzywacze, mając wrażenie, że wiatr przybiera na sile. Jednocześnie Budva kusiła zapachem smażonych kalmarów i innymi portowymi uciechami. Udało się nakłonić kapitana do pozostania w porcie. Zadowoleni zagłębiliśmy się w gwarne uliczki, zostawiając na łajbie Krzyśka. W jednej z przybrzeżnych knajp zainteresowała nas sadzawka wypełniona czystą, przeźroczystą wodą, w której pławiły się skorupiaki. Kiedy włożyło się rękę do wody, widać było poruszenie wśród zwierząt. Niektóre miały długie wąsy, inne solidne pancerze, a wszystkie wyposażone były w duże mocne szczypce. Kiedy wróciliśmy na łajbę zastaliśmy Krzyśka siedzącego w kokpicie z nieco niewyraźną miną. Historia, którą nam opowiedział jest jednym z elementów mozaiki wypełniającej obraz życia codziennego w Czarnogórze. W czasie, kiedy my bawiliśmy pośród malowniczych zaułków, podeszło do Krzyśka dwóch nieznajomych mężczyzn, niosących gałązkę jakiegoś krzewu. Widzieliśmy, powiedział jeden z nich, jak człowiek z waszej załogi oderwał tę gałązkę od rosnącego krzewu. Ta roślina jest pod ochroną i musicie zapłacić 100 euro kary. Nic o tym nie wiem, odparł Krzysiek. Przyjdźcie później, kiedy wróci kapitan. Mężczyźni przyjęli rzecz do wiadomości i zostawili gałązkę przy łajbie. Rozpoznałam ją. Tę samą gałązkę widziałam kilka godzin wcześniej, kiedy, poruszana wiatrem, fruwała po bulwarze. Nie miałam wątpliwości, że to ta sama roślina. Siedzieliśmy gromadą do późna wieczór w kokpicie, ale nikt już do nas nie przyszedł. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że gałązki już nie ma…
Następnego dnia przekroczyliśmy granicę czarnogórsko-chorawacką. Wpłynęlismy do niewielkiej miejscowości Cavtat, by zameldować wpłynięcie na wody Chorwacji. Trochę zamotaliśmy się wśród urokliwych zatoczek i zamiast do kei odpraw wpłynęliśmy na drugą stronę półwyspu. Po drodze widzieliśmy przepływające koło nas chorwackie statki, z których ludzie coś do nas wykrzykiwali z wyraźną złością. Na lądzie przechodnie zatrzymywali się i wygrażali nam pięściami. Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi. Zacumowaliśmy przy bojce i kilku z nas popłynęło pontonem do brzegu. Tam dowiedzieli się, że keja odpraw jest po drugiej stronie półwyspu. Popłynęliśmy we wskazane miejsce i przybiliśmy do kei odpraw. Wreszcie zrozumieliśmy o co chodziło rozwścieczonym tubylcom. Mianowicie wpłynęliśmy na wody Chorwacji z nieopatrznie pozostawioną pod salingiem banderą Czarnogóry. Tragiczna historia obu narodów odcisnęła swe czarne piętno.. Tym razem jednak nie pomógł słój z ziemią, lecz zakup chorwackiej bandery. Kara w postaci 1000 euro została nam podarowana.
Popłynęliśmy w kierunku Dubrovnika. Dotarliśmy na miejsce jeszcze przed wieczorem. Następnego dnia pojechaliśmy autobusem do historycznego centrum Dubrovnika. Wiele nasłuchałam się wcześniej superlatywów na temat tego miasta, ale muszę przyznać, że to, co zobaczyłam przeszło moje wszelkie oczekiwania. Żadne z oglądanych przeze mnie wcześniej zdjęć Dubrovnika nie było w stanie oddać w pełni niezwykłości tego miejsca. Zabytkowa część miasta otoczona jest systemem fortyfikacji, które są udostępnione dla zwiedzających. Można wejść na mury obronne, z których rozciąga się kapitalny widok na starówkę, morze wyspę Lokrum. Elementem umocnień jest twierdza Sveti Iwan, dawniej broniąca wejścia do portu, obecnie siedziba Muzeum Morskiego i Akwarium. Wiedzie stąd wzdłuż basenu portowego bulwar ku katedrze Wniebowzięcia NMP. Monumentalna kopuła barokowej świątyni wznosi się ponad pomarańczowymi dachami sąsiadującej z nią zabudowy. Obok, łączący cechy gotycku i renesansu, Pałac Rektorów, dawniej był rezydencją tutejszych władz, obecnie mieści Muzeum Dubrovnika. Środkiem starówki biegnie reprezentacyjny deptak Stradun, łączący bramę Pile z placem Luža. Brama Pile jest jednym z elementów systemu fortyfikacji otaczających miasto. Przez tę bramę wchodzi się na teren starego miasta, jadąc komunikacją miejską od strony mariny. Usytuowany jest przy niej rozległy kompleks dawnych zabudowań sakralnych, średniowiecznych klasztorów franciszkanów i klarysek. Tutaj także znajduje się XV-wieczna Wielka Fontanna Onufrego, zaprojektowana przez średniowiecznego mistrza jako punkt czerpania wody. Krany, z których wypływa woda, wkomponowane są w usta maszkaronów. Druga Fontanna Onufrego, choć znacznie mniejsza, znajduje się na drugim końcu Stradun, na placu Luža. Stoi tu jeden z symboli Dubrownika, kolumna rycerza Rolanda, którego łokieć wykorzystywany był w dawnych czasach jako miara. Południową pierzeję placu stanowi fasada crkva sv. Vlaha, świątyni o romańskim rodowodzie, odbudowanej w stylu barokowym po zniszczeniach spowodowanych trzęsieniem ziemi, które nawiedziło Dubrovnik w 1667 r. W północno-wschodnim rogu placu wznosi się wieża zegarowa, będąca rekonstrukcją XV-wiecznej budowli, a za nią płac Sponza, wzniesiony w XVI w. w stylu renesansowym, z elementami gotyku, dziś siedziba Archiwum Miasta Dubrovnika. Warto też zwiedzić zespół klasztorny dominikanów, usytuowany w północno-wschodniej części starego miasta. Wewnątrz znajduje się muzeum poświęcone sztuce sakralnej. Wiele jeszcze można by pisać o tutejszych pałacach, świątyniach i fortyfikacjach.. ale może lepiej po prostu tu przypłynąć. Tymczasem rejs się kończył i nadszedł czas powrotu do portu macierzystego. Montenegro! Kraj, który tak hojnie obdarzony został przez naturę ciepłym klimatem i pięknem krajobrazu, zielonymi szczytami gór o stokach stromo opadających w turkusową toń Adriatyku.. Kraj o bogatej historii, której świadectwa widoczne są we wspaniałych zabytkach architektury, twierdzach oplatających górskie stoki, pałacach i świątyniach. Zarazem jednak obszar dziki, zaskakujący, niekiedy wręcz groźny. Ale może właśnie także i w tym tkwi jego egzotyka i niepowtarzalny urok?
24
kwi
„Co takiego jest w morzu, że poddawszy się jego urokowi wciąż nań powracamy, smagani deszczem i wiatrem, ze słonym smakiem wędrówki na ustach? Jaka siła każe nam zawijać do wciąż nowych portów, zmagać się z falą, marzyć o cieple i spokoju na lądzie, który… świadomie porzuciliśmy?..”






























































































































































